Choroba z nienawiści

Dla jednych ciało jest siedliskiem grzechu, dla innych źródłem kompleksów. Jak wiele osób akceptuje swoje ciało w całości, kocha każdą jego część? Śmiem twierdzić, że niewiele. Każdy znajdzie coś do poprawienia, coś do wymiany. Dla mnie ciało jest przede wszystkim „wehikułem”, którym podróżuję przez życie. Za to je szanuję. Staram się też, by było sprawne i dobrze mi służyło. Tu na ziemi jest mi przecież niezbędne…

Znam kogoś, kto bardziej dba o swój samochód niż o własne ciało.

Ten ktoś nie jest biedny, posiada odpowiednie środki, by żyć całkiem wygodnie. Kiedyś myślałam, że jest po prostu skąpy. Dziś myślę, że problem tkwi głębiej.

Karmi swoje ciało jedzeniem kiepskiej jakości, kupuje tanie lub przecenione produkty.

Ubiera je w stare, znoszone ubrania.

Zakłada tanie, niewygodne buty.

Nie daje mu odpocząć.

Nie pozwala go pokochać drugiej osobie.

Ten ktoś zachowuje się tak, jakby chciał ukarać swoje ciało. Jakby nienawidził go najbardziej na świecie. Tak bardzo, że chciałby je unicestwić. Naprawdę bardzo.

Ten ktoś zapada w końcu na nieuleczalną chorobę, której przyczyny do dziś są niejasne. To tak, jakby organizm zaatakował sam siebie- można o niej przeczytać.

Choroba z nienawiści?

Prawda zagrzebana jest gdzieś w odległej przeszłości. W dzieciństwie, a może jeszcze dalej…

Naukowcy szukają cudownego leku na raka, a należało by odkryć lek na nienawiść. Nienawiść do samego siebie zaszczepioną przez bliskich, nienawiść wyssaną z mlekiem matki. Łykasz taką pigułkę i mkniesz przez życie w swoim „wehikule” zdrowy i szczęśliwy. Chyba że tu na ziemi wcale nie chodzi o szczęście…

  6 comments for “Choroba z nienawiści

  1. 30 sierpnia 2017 o 13:48

    ciało cudem jest skończonym. samo się leczy i naprawia, rośnie i dopasowuje się, ma w sobie każdą funkcję, nawet, jeśli nosiciel jest najgłupszym egzemplarzem. jestem we własnym opakowaniu zakochany i zachwycony, chociaz nie do końca wiem, na cóż mi niektóre fragmenty (np sutki) albo wręcz nie wiem, że coś tak posiadam i jestem przerażony nazwami medycznymi, bo się boję, że takich rzeczy, to ja na pewno mieć nie mogę i pewnie jestem wybrakowany… wzgórze hipokampa? plamka żółta? ząb mądrości? ja to mam mieć? na pewno? eee… chyba nie ja?

    • wokulska
      30 sierpnia 2017 o 18:45

      No tak, nazewnictwo części ciała to istny kosmos. Czasami lepiej nie zagłębiać się zbyt mocno w „skład” naszego ciała, ale już cieszyć z jego posiadania jak najbardziej tak. Chcę wierzyć, że nie jesteśmy samym ciałem, że życie w nim jest pewnym etapem naszego istnienia, który czemuś służy. Dlatego właśnie powinniśmy cenić czas spędzony „w ciele”, cieszyć się nim, bo tak jak piszesz każde ciało jest doskonałe.

  2. 8 września 2017 o 11:40

    … a co z osobami, które kochają siebie, a przynajmniej akceptują, dbają o siebie i szanują, odpoczywają, umieją się śmiać i cieszyć, są szczęśliwe i żyją w kochającym środowisku, a … i tak dopada je choroba?

    Na chorobę składa się wiele czynników, myślę, że nie ma co ograniczać do zaniedbania siebie, choć na pewno jest to czynnik bardzo nasilający tendencję do chorowania.

    • wokulska
      9 września 2017 o 17:44

      Oczywiście masz racje, choroba nie atakuje tylko tych, którzy o siebie nie dbają. Piszę o jednym konkretnym przypadku i jestem pewna, że ta osoba zachorowała na własne życzenie lub przynajmniej swoim nastawieniem i stylem życia znacznie ułatwiła chorobie zadanie.

      • 11 września 2017 o 14:11

        Tu zapewne nastawienie może być najbardziej możliwe.
        Znam jedna osobę, która w ostatnich 40 latach była może ze 3 razy u lekarza, z czego raz u dentysty, raz dobrowolnie, a raz z przymusu oraz raz w szpitalu (prawdopodobnie po pobiciu, gdyż podpadł niewłaściwym ludziom, albo ich oszukał albo coś przekombinował). Ten ktoś, nie bardzo lubił się z wodą i z higieną, z biegiem lat wydłużał okresy unikania wody nawet do kilku miesięcy dochodząc. Nie szczególnie się przepracowywał, dbał o dietę (znęcając się nad żoną zapewniał sobie więcej niż godziwy wikt i spokój od doczesnych problemów), unikał sytuacji, które by go przyprawiały o stres. Luz, blues i motyle. Ma prawie 65 lat i poza grzybicą stóp (prawdopodobnie jako efekt niemycia się i niezmieniania bielizny po kilka dni) oraz poważnymi brakami w uzębieniu, to nic mu nie dolega. Nawet z wątrobą nie ma większych problemów, choć akurat, po latach chlania to powinno nie być wesoło w tej kwestii. Fakt jest faktem, że 90 % kumpli od kieliszka i nie tylko to się mu wykruszyło już dawno i sukcesywnie. Co ich różniło? Otóż ten jegomość, pomijając pasożytniczy tryb życia, cały czas mówił, że jest młody, a życie zaczyna się po … 30, później, po 40, później, po 50… aż mu się zaczęło w okolicach 60-tki… ale zdrowie to on ma… w końcu zawsze powtarzał, że on to żył będzie nie 100 lat, a 120… albo i więcej.

        • wokulska
          11 września 2017 o 17:12

          I założę się, że gość dożyje setki :) Żyje bezstresowo, nie przejmuje się niczym i to jest chyba klucz długowieczności. Niestety, stres to zabójca XXI wieku, to on stai za wieloma chorobami. Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią machnąć ręką na te wszystkie niezmiernie ważne rzeczy, żyją chwilą obecną, nie planują, nie zamartwiają się. Też bym tak chciała:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *