Z pamiętnika konsumenta

Sprzedawcy kochają nas, kiedy kupujemy. Gną się wówczas w ukłonach i rozpływają w uśmiechach. Najbrzydsza wiedźma traktowana jest jak królowa. Jednak biada nam, jeśli nie chcemy współpracować. Na przykład upieramy się, że nie potrzebujemy specjalnej pasty do nowych bucików albo drugiego produktu za połowę ceny.

Kupowałam ostatnio torebkę. Miała być elegancka, klasyczna, taka na lata. Większość pań doskonale wie, jak trudno jest kupić dobrą torebkę. Mnie się udało znaleźć dokładnie taką, o jakiej marzyłam. Obejrzałam w sklepie, założyłam na ramię. Wszystko ok, więc maszeruję do kasy. Pech chciał, że w sklepie trwała akurat jakaś akcja promocyjna. Klient, który wydał określoną sumę, dostawał bon na sto złotych na kolejne zakupy. Mnie do tej sumy brakowało 30 złotych. Pani oczywiście poinformowała o promocji i zaczęła namawiać na dobranie czegoś: skarpetek, pianki do czyszczenia, dezodorantu, sznurowadeł… W pierwszej chwili poddałam się, stówka na zakupy piechotą nie chodzi. Szybko jednak przyszło otrzeźwienie. Żaden z drobiazgów nie kosztował 30 złotych, musiałbym wydać więcej. Żeby wykorzystać bon, trzeba przyjść w ciągu miesiąca i coś kupić. A więc znowu wydać kasę. I to niemałą, bo sklep do najtańszych nie należy.

Nie, nie chcę bonu. Nie, nie będę niczego dobierać. Tak, wiem. To tylko 30 złotych. Mimo wszystko dziękuję. Tak, na pewno nie potrzebuję skarpetek dla męża ( bo go nie mam, ty uparta krowo!).

A torebka leży na ladzie i czeka niczym zakładnik. Nie dobierzesz niczego, to nie zapłacisz!

Bój był ciężki, ale wyszłam z niego zwycięsko. Z torebką i bez bonu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *