Tarta ze szpinakiem i „ale”

Jako gość trafiłam kiedyś na szkolne przedstawienie jasełek. Była święta rodzina, pasterze i trzej królowie. Wszystko okraszone kolędami. Standard. Zestresowana nauczycielka ściskała w ręku scenariusz i pilnowała, by dzieci niczego nie pomyliły. I nie pomyliły. Historia narodzin Jezusa szczęśliwie dobrnęła do końca. Gloria, gloria, in excelsis Deo!

Nie o jasełkach chciałam jednak pisać, ale o tym, co się działo, gdy młodzi aktorzy opuścili już scenę. Do moich uszu zaczęły docierać komentarze widzów: rodziców, dziadków, nauczycieli. Ładnie, ładnie, ALE. No właśnie. Piotruś mówił niewyraźnie, a Jasio się zaciął. Malwinka fałszowała, a Zosia stała jak kukła.

Biedne dzieci! Biedna pani! Wystawiali w końcu jasełka, a nie „Hamleta” na deskach miejskiego teatru. Naprawdę dziwne, że dziesięcioletni Piotruś nie dysponuje dykcją profesjonalnego aktora, a Malwinka głosem operowej diwy. Mieli za to odwagę, by wyjść na scenę i zaprezentować się przed publicznością. Potrafili zaangażować się w coś, czego „nie ma w programie”. Ciężko pracowali i osiągnęli efekt. Na miarę swoich warunków i możliwości.

Dlaczego zawsze musi być jakieś „ale”? Dlaczego tak rzadko słyszymy: super, świetnie? Dlaczego od razu włącza się nam czerwony guziczek generujący krytykę?

Przygotowuję tartę ze szpinakiem. Ciasto jest kruche, a farsz idealnie skomponowany. Dumna z siebie częstuję mojego gościa i czekam na pochwały. I oto, co słyszę:

Dobra, ale… nie powinno się tego jeść z keczupem?

  4 comments for “Tarta ze szpinakiem i „ale”

  1. ~Ewa
    10 stycznia 2016 o 06:02

    Dawno, dawno temu pracowałam jako nauczycielka w przedszkolu. Rokrocznie wystawialiśmy jasełka. Po występie był poczęstunek składający się z dań wigilijnych. Na imprezę zapraszaliśmy rodziców, dziadków i rodzeństwo naszych przedszkolaków. Razu pewnego przyszedł upiorny dziadunio. Przy uszkach z grzybami nie wytrzymał i wysapał: ” Mało pieprzne”.
    Blog fajny i często tu zaglądam. Pozdrawiam.

    • wokulska
      10 stycznia 2016 o 06:38

      Może my to marudzenie mamy w genach?
      Dziękuję za miłe słowa :-)

  2. ~Mania
    12 stycznia 2016 o 23:26

    Obawiam się, że to nasza cecha narodowa, to czepialstwo. Nawet spotkałam się z określeniem „polaczkowatość”.
    Jak słyszę od kogoś takie „ale”, to szybciutko odpowiadam: „ale bez względu co ty na to, ja i tak jestem happy!”
    Podoba mi się Twój blog, zaglądam regularnie.Pozdrawiam.

    • wokulska
      13 stycznia 2016 o 06:32

      Kolejna stała czytelniczka? Jest mi niezmiernie miło, dziękuję.
      Też tak myślę, że my Polacy uwielbiamy marudzić, zwłaszcza gdy chodzi o cudzą pracę czy osiągnięcia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *