Złoty środek

Miałam kiedyś sąsiada. Starszy człowiek. Przeżył wojnę, zaznał głodu i biedy. Pan S. niczego nie wyrzucał. Znosił do domu znalezione na śmietnikach skarby, które kiedyś mogły się do czegoś przydać. Z czasem zamienił mieszkanie w składowisko odpadów. W końcu umarł, a zebrane przez niego rzeczy trafiły z powrotem na śmietnik. Do niczego się nie przydały…

Znajoma wymienia telewizory i telefony niemal jak garderobę. Co sezon nowy lepszy model. Siostra lubi tzw. pierdułki: kubeczki, świeczniki, serwety. Ładne, więc kupuje. Koleżanka znosi do domu tony używanych ciuchów. Czyli mieć to znaczy być. Im więcej mam, tym bardziej jestem?

Po przeciwnej stronie minimaliści. Abnegaci, ekolodzy albo skąpiradła. Byłam raz gościem w pewnym domu, gdzie gospodarz zakręcił ciepłą wodę i trzeba się było myć w zimnej. Znam również pewnego pana, który nosił skarpetki ze sklepu obuwniczego ( te, które można założyć, przymierzając buty). Ojciec mógłby przechodzić całe życie w jednej koszuli i spodniach. Raz byłam w restauracji z pewnym panem, który skrupulatnie odliczył pieniążki za posiłek, nie zostawiając kelnerowi ani grosza napiwku. Kolega z pokoju otwiera paczkę ciastek i nie częstuje nikogo. Kiedy wychodzi, ciastka zabiera ze sobą. Znajoma nie kupuje butów ze skóry. Nie dlatego, że jej nie stać. Po prostu szkoda jej pieniędzy.

Ja stoję pośrodku. Zbieraczem nie jestem. Muszę mieć przestrzeń. Nadmiar rzeczy mnie przytłacza. Lubię też czasem zaszaleć na zakupach. Nie kupuję byle czego. Nie żałuję na jedzenie dobrej jakości. Nie umartwiam się. Wszystko jest dla ludzi…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *