Stara i głupia

Za całe dwadzieścia złotych zafundowałam sobie spacer między drzewami na rozchybotanych linach. Pokonywanie granic, przygoda, adrenalina i tak dalej. Kiedy patrzyłam z dołu, jak dzieci znajomych śmigają po kolejnych przeszkodach parku linowego, wydawało mi się, że to świetna zabawa. Nikt nie płakał i nie wzywał pomocy. I podkusiło mnie, żeby spróbować samemu.

Miły pan ubrał mnie w kask i specjalną uprząż, pokazał, jak posługiwać się karabińczykami i bloczkiem przy zjazdach. Najważniejsza zasada: zawsze być przypiętym do linki. Skoro kilkunastolatki dają sobie radę, ja również powinnam sobie poradzić. Z tą myślą wspięłam się na górę. I… natychmiast pożałowałam. Platforma przy drzewie z dołu wydawała się zdecydowanie większa, a przerwy między linami mniejsze. Uczepiona drzewa bałam się ruszyć.

Niestety, z dołu dobiegły mnie okrzyki znajomych, którzy podziwiali moją odwagę i dopingowali do wykonania kolejnego kroku. Nie mogłam zawrócić. Przepięłam karabińczyki zgodnie z instrukcją pana i z duszą na ramieniu ruszyłam do przodu. To była prawdziwa droga przez mękę. Wszystko się trzęsło i bujało. Ale wysokość wcale nie była najgorsza. Zawodziły mnie ręce. Im dalej, tym mniej sił. Bałam się, że w końcu utknę. Znajomi nie odpuszczali: super! dalej! świetnie ci idzie!

Jakimś cudem dobrnęłam do ostatniej liny, pozostał jeszcze skok Tarzana. Tu jednak siły opuściły mnie na dobre. Nie doskoczyłam. Musiałam wdrapać się na platformę. I ma dół! Chryste Panie, przeszłam!

Na dole jeszcze długo dochodziłam do siebie. Nie sądzę, bym kiedykolwiek próbowała powtórzyć ten wyczyn. I po co tam, głupia, wlazłam? Z ciekawości? Też. Ale bardziej po to, by rozprawić się z tym, co od dawna nie daje mi spokoju. Z moimi problemami. Każda przeszkoda to jakaś niezałatwiona sprawa. Przejdę, to znaczy dam radę. Życie chce mi dokopać, ale ja się nie poddam.

Przeszłam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *