O zgubnych skutkach cichego mówienia

No i dopadło mnie choróbsko. A tak się starałam. Myłam ręce i ubierałam się odpowiednio do pogody. Nie jadłam lodów i nie piłam zimnych napojów. Nikt na mnie nie nakichał. Teraz sobie jednak przypominam, że na początku tygodnia rozmawiałam z koleżanką, która narzekała na przeziębienie. Koleżanka ma uciążliwy zwyczaj mówienia po cichu. A może to ja mam problemy ze słuchem? W każdym razie, żeby zrozumieć, co do mnie mówi, muszę albo prosić, by powtórzyła, albo podejść bliżej. Najgorzej jest wtedy, kiedy próbuje się zwierzać. Prawie nic nie słyszę, bo mówi jeszcze ciszej niż zwykle. Muszę więc domyślać się treści jej zwierzeń, sama sobie dopowiadać resztę z tych kilku słów, które uda się mi pochwycić. Tyle z tego dobrego, że ona się wygada, a ja nikomu nie powtórzę, bo przecież nie usłyszałam.

Ostatnio koleżanka głównie narzeka i mnie oraz inne zaufane osoby czyni odbiorcami swoich żalów i pretensji. A to dyrektor coś powiedział, a to czegoś nie dał, coś narzucił… Czasami mam wrażenie, że mój dyrektor i jej to dwie różne osoby. Moim zdaniem Ala ma problem z komunikacją. Nie potrafi jasno powiedzieć, czego oczekuje, licząc na to, że szef się domyśli, a potem gdy cudowne porozumienie nie następuje, czuje się zlekceważona. I koniecznie musi podzielić się z kimś swoją krzywdą. Na przykład ze mną. Która nie dosłyszy jej szeptanych monologów, musi więc stać bardzo blisko, by cokolwiek zrozumieć. Przy okazji chwytania sensu najwyraźniej chwytam również jakieś zarazki. I siedzę teraz z cieknącym nosem i rozpalonym czołem, a w perspektywie weekend spędzony w łóżku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *