Zza szyby

Ponury dzień, ni to jesienny, ni to zimowy. Szaro, zimno, smutno. Byliśmy z ojcem na cmentarzu. Trzy dni temu zamontowano nagrobek. Zapaliliśmy świeczki, ustawiliśmy stroik ze sztucznych kwiatów. I tyle. Nie potrafię się tam modlić. Nie czuję potrzeby jakiejś „rozmowy” z mamą akurat tam, w tym miejscu. Tam po prostu jej nie ma. Jakaś jej część obecna jest stale w moim sercu, jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi. Ta część uczestniczy w moim życiu, towarzyszy mi wszędzie i zawsze. Świadomość jej istnienia to moja modlitwa i „rozmowa”.

W pracy nie potrafię emocjonować się problemami koleżanek. Jedna narzeka na to, że dzieci nie chcą się uczyć, druga, że syn, którego utrzymuje, kupuje dziewczynie drogie prezenty. Potoki słów o niczym. Bla bla bla. Nie chodzi o to, że czuję się od nich lepsza, bo umarła mi matka i dostąpiłam jakiegoś duchowego awansu. Nie jestem ponad, jestem raczej gdzieś dalej. Dalej od nich, od ich spraw i przeżyć. Próbuję jakoś w tym uczestniczyć, żyć „normalnie”, ale na razie robię to trochę na siłę. Udaję dawną siebie, a przecież jestem już zupełnie inną osobą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *